środa, 22 stycznia 2014

Tyle przegrać...


To ja może zacznę od wspominek z podstawówki.
Szłam wczoraj do szkoły takim skrócikiem między budynkami. I zobaczyłam na ziemi mnóstwo opakówek z proszkami. Wiecie, takie słodkie, rozpuszczalne chujstwo, trochę jak oranżadka w proszku. Pierwsze co mi przyszło do głowy: Tyle przegrać...
Pamięta się, jak to mając 10 czy 11 lat udawało się, że te proszki to narkotyki ;) A jak to cholernie ciężko się otwierało, matko... Żarcia na chwilę, a z niektórymi opakówkami to i 10 min człowiek się mógł męczyć.
Albo gra w "anse-kabanse" (czy jak to się tam pisze). Pamiętam, że kiedyś jedna z nauczycielek zaangażowała do gry cały korytarz na obiadówce (jakieś 15-20 osób). Tyle, że zamiast "sprzedajemy narkotyki" były "herbatniki" ;)
I kalambury. Albo guma. Matko, te cudowne czasy, kiedy wszyscy w to grali... A potem przyszła gimbaza i skończyło się dzieciństwo, a zaczęła urojona dorosłość (chociaż ja do tej pory w żaden sposób nie czuję się dorosła; mam prawie 17 lat, dla ścisłości). Szlugi za winklem i wszędzie skojarzenia z seksem (wow jaka zajebista wow nie boi się tego słowa wow na "s" wow tak bardzo). Ale jednak można było się przy tym zintegrować. W podstawówce miałam kumpli, a w gimbazie patologiczną rodzinę. 

Dobra, kurwa, koniec tych smętów sentymentów, bo mnie jeszcze w ogóle przestaniecie czytać (ta, jedno wyświetlenie dziennie; co ja pierdolę, raz na dwa, trzy dni; cÓd, że w ogóle jest ponad 200).

Zatem teraz coś poważniejszego.
Zmierzając wczoraj deptakiem zauważyłam parę lesbijek, trzymających się za ręce. Tutaj kompletnie nikt na nie uwagi nie zwracał, sobie szły normalnie, jak normalne, niczym nie wyróżniające się człowieki. I tak sobie zaczęłam imaginować, co by było, gdyby tak szły polską ulicą.
"Że też im tak nie wstyd paradować za rączkę. Może jeszcze dziecko niech prowadzą. Do czego ten świat zmierza..."
"Matko, lesby! Ta choroba się wszędzie rozprzestrzenia"
"Do kościoła lepiej by poszły, o przebaczenie błagać, za takie grzechy to się na wieczność do piekła idzie"
"Spalić je najlepiej jak tę pierdoloną tęczę w Warszawie! Te pedały i resztę tego całego chujostwa to się do psychiatryka na leczenie powinno zamykać, a nie chodzą po ulicach i dzieci demoralizują"
No powiedzcie sami, czy nie byłoby chociaż podobnie? Polskie społeczeństwo jest tak kurewsko tolerancyjne, że aż wcale. Wyłączając ten odsetek ludzi, którym wszysko jedno czy gej czy transseksualista, jak sobie żyje to niech sobie żyje.
To tak samo jak z metalami, gotami i punkami. Tutaj, w Anglii, można wręcz z gołą dupą chodzić i ludzie cię co najwyżej obdarzą przelotnym spojrzeniem i wrócą do swoich myśli. A w Polsce?
Metal: satanista, brudas, ćpun i psychopata
Got: jeszcze większy satanista, schizol i nekrofil
Punk: jeszcze większy brudas, idiota, ćpun, nierób i pijak
No nie jest tak?
Jak się coś nie zgadza ze stereotypami to jest ZŁE. To elementarne.
Jak chcecie i to czytacie to proszę bardzo, hejtujcie mnie. Najlepiej zamordujcie, spalcie i zakopcie w lesie pod brzozą, a na mnie niech wyrosną podgrzybki. Bo przecież wyrażanie swoich poglądów też jest złe.
O ile w ogóle taka gówniara jak ja może mieć jakiekolwiek poglądy.

I macie, kurwa, na koniec dwóch całujących się facetów. Niech was, hejterzy, w oczy razi, obojętnych niech pozostawi obojętnymi, a reszcie niech wywołuje na twarzy uśmiech. Amen.

(OptyMistyczne Lovv Yaa - Zalex Gerrick, czy jak tam chcecie)

poniedziałek, 20 stycznia 2014

To ja może coś napiszę

Soundtrack na dziś: The Prodigy - No Good (Start The Dance)

Hmm, tak. W zasadzie to nie wiem o czym mam pisać, bo Morgi się wypadknął (tak, to neologizm) już jakiś czas temu, tornada minęły... A nie, mam.

Zacznę od dzisiejszego meczu Mołdawia-Polska. Nie to, żeby był jakiś widowiskowy czy coś, bo specjalnie nie był, ale tym razem było chociaż na co popatrzeć. Mam na myśli grę, a nie twarz Blaszczykowskiego czy Lewego. Wygraliśmy 0:1, co cieszy, bo jest okej. No i się nie zbłaźniliśmy na meczu z przeciwnikiem niżej umieszczonym od nas w rankingu FIFA (subtelna aluzja do meczu z San Marino).

Teraz niedzielny konkurs w Zakopanem. No ja pierdolę, bo sobie Diethart i Wellinger zjebali skok, bo mieli chujowe warunki to trzeba im powtórkę zrobić. Ilu było takich co w beznadziejnych warunkach skakali i jakoś nikt nic nie zrobił. A Poitner to co, kurwa? Ma władzę absolutną? Ech, do czego to zmierza, srsly.

I ostatnia rzecz, którą chciałam się zająć. Czyli angielska matematyka vol.2.
W zeszły piątek miałam kolejne zajęcia z cyklu "Wprowadzenie do ułamków zwykłych. Dodawanie i odejmowanie ułamków". Myślałam, że zejdę. Ludzie już dawno dorośli nie umieli policzyć tak prostego przykładu jak: 1/4 + 2 + 2/4 - 1/4 = ... Nosz kurwa, przecież to w pamięci w kilka sekund można zrobić, a oni musieli mieć to tłumaczone, bo nie ogarniali. Albo to: skócić ułamek 8/4. Każdy normalny człowiek (nawet idiota po chwili zastanowienia) powie, że to dwa. Ale niee, Angole muszą mieć to dokładnie wyłuszczone. Że osiem dzielimy przez cztery, no a ile czwórek jest w ósemce, no skoro dwie to jaka jest odpowiedź? Jeżeli egzamin, który mam mieć w przyszłym tygodniu, też będzie taki szalenie prosty, to ja chyba jebnę śmiechem.

Także tego, to baj.