wtorek, 2 grudnia 2014

Wreszcie mam o czym notke napisac



Mam o czym napisac notke, wiec powracam po dluugiej przerwie.

A mianowicie: dzis w "Angorze" przeczytalam, ze maja przestac puszczac "Mode na sukces".  No bez jaj!  Ja sie wychowalam na tej operze mydlanej i sobie bez niej dalszego zycia nie wyobrazam, serio.



Zgoda, bez Sally Spectry i Sheili-Jak-Jej-Tam-Bylo "Moda" zrobila sie jeszcze bardziej chujowa, niz byla, ale jednak sledzenie perypetii rodziny Forresterow bylo taka tradycja, jak "Kevin" w swieta.
Nigdy nie lubilam tego "serialu", moja (swieccie Bogowie nad jej dusza) babcia ogladala go namietnie, wiec i ja, chcac nie chcac, musialam.  I sie czlowiek wkrecil, nawet polubil i sie przyzwyczail.
A teraz? Bez "Mody na sukces" moje zycie juz nigdy nie bedzie takie samo.
Mam zamiar obejrzec ostatni odcinek 9 grudnia, nic i nikt mnie przed tym nie powstrzyma.








Dodac jeszcze chcialam slowo o skokach narciarskich.
Ja pierdole, rozumiem, ze poczatek sezonu, ze Stoch kontuzjowany, ale co do chuja stalo sie z naszymi skoczkami?  Z siedmiu czy osmiu zawodnikow do drugiej serii przechodzi tylko Zyla i to w dodatku jakims cudem.
Nie miesci mi sie to w bani.
Jednak mam nadzieje, ze sie podniosa z dna i rozpierdola te wszystkie Freundy i Schlierenzauery.








Bola mnie tez chujowe wyniki Borussii Dortmund w Bundeslidze.
Jeden z najlepszych klubow Europy jest na ostatnim miejscu.
Jurgenie Klopp, ja sie pytam, co ty odpierdalasz?
Juz chuj z tym, ze Reusa nie ma, ze Hummels kontuzjowany, ze Blaszczykowski nie moze grac, a Lewy i Goetze poszli w pizdu do Bayernu.  Borussen nie sklada sie tylko z tych kilku zawodnikow.
Kazdy, kurwa, wyglada jakby gral dla siebie, Grosskreutz odpierdala numery, Bender prawie wcale nie jest zauwazalny na boisku, Kehl tak samo, w ogole obrona jest rozjebana, biegaja tam, gdzie nie powinni i potem mamy takie obrazki jak podczas ostatniego meczu z Eintrachtem, kiedy to w piekny sposob stracilismy bramke, bo w okolicy pola karnego byl li i jedynie Ginter, ktory spierdolil interwencje i Weidenfeller, ktory chyba zapomnial, ze ma bronic bramki.








Dobra, chyba juz wystarczy tego wkurwiania sie, bo mi zaraz zylka w dupie peknie.
Pociesze sie tym, ze Dortmund chociaz w Champions League jakos sobie zajebiscie radzi.


Nie wiem, czy znajda sie tacy, ktorzy to przeczytaja, te potoki Weltschmerzu, ale pozdrawiam was, moi drodzy.





A na koniec obrazka nie bedzie, bo Blogger odmawia wspolpracy.
Auf Wiedersehen!




(Aneks: kolejny raz mi sie rozpierdolily spacje na kolejnym blogu. Co sie z tym, do jasnej kurwy, dzieje?!)

sobota, 18 października 2014

Cud nad Wisłą vol. 2

Soundtrack na dziś: Bushido - Augenblick

Po bardzo długiej nieobecności powracam z komentarzem dotyczącym cudu nad Wisłą czyli wygranej Polaków z Niemcami.
No kurwa bez jaj.  Jeśli licząc RFN to udało nam się pokonać dziadów dopiero po jakichś 50 latach. Nieprawdopodobne w chuj.
Co prawda kibicowałam Niemcom (czekam na hejty ze strony "prawdziwych patriotów", że zdradzam swój kraj!), bo, nie ukrywajmy, aż do tej pory, polska reprezentacyjna piłka nożna stała na bardzo niskim poziomie. A Niemcy zawsze grali dobrze i z klasą.
Tylko teraz im nie wyszło.
Ale co się dziwić, skoro najlepsi zawodnicy albo odeszli, albo są kontuzjowani.
Zgoda, może i mieli Müllera, Schürrlego, Götze, Hummelsa, Neuera i paru innych dobrych zawodników, ale chyba im się zły dzień na grę trafił.
W sumie, to jak się rano obudziłam, to myślałam, że mi się to śniło, serio.  W życiu nic bardziej niemożliwego nie stało się rzeczywistością.
No aż do tej pory mnie roznosi.

Po mundialu, w którym Niemcy wygrali stałam się wielką fanką ich futbolu, a poza tym Borussii Dortmund i Bayernu Monachium (o czym zresztą wspominałam).
Trzyma mnie już od czterech miesięcy, więc potrzyma i dłuzej.
To trochę tak jak z moim zamiłowaniem do metalu. Ciągle mi powtarzają: Jak dorośniesz, to ci przejdzie.
Ni chuja. Od pięciu lat siedzę w ciężkiej muzyce i nawet drzeć japę zaczęłam.  Czekam wręcz na minę mojej rodziny, kiedy za pięć lat będę członkiem deathcore'owego zespołu.

No dobra, jakoś nie mam nic więcej do opisania, dlatego pożegnam się z wami moją obsesyjną miłością do BVB.


 

środa, 20 sierpnia 2014

Się rozpędziłam z tym nowym postem, no bez kitu...


Soundtrack taki, bo mam totalną fazę na ten kawałek.
Nie wiem czy ktoś w ogóle czyta, tego bloga, ale dodaję nową notkę, bo mam internety i nastrój do pisania.

Bo w sumie to miałam ocenić mundial, ale tak to jest jak nie ma jak przenieść neta na nowy adres <narzekanie na Anglię mode on i raczej nieprędko off>.
Powiem tylko tyle, że przez to zaczęłam kochać niemiecki futbol.  Dokładniej Mario Götze, ale to nieważne...  I stałam się zagorzałą fanką Borussii Dortmund.  No wiem, Marco Reus, ale ja kocham cały zespół, włącznie z rezerwowymi i całym sztabem szkoleniowym.
W każdym razie po mistrzostwach jestem zadowolona.
I wkurwiona, że nie postawiłam zakładów, bo teraz bym miała fhui kasy.
Bo przewidziałam, że będzie 1 - 0 dla Niemiec, że bramkę strzeli Mario w dogrywce.  Teraz za to pluję sobie w brodę.
Noale coż, tak to jest jak sie nie ufa swoim przeczuciom.

Od przedwczoraj stałam się wielką fanką Jurija Szatunowa.  Bo to jeden z niewielu Ruskich, którzy nawet są przystojni.  I ma ładny głos.  Co ja piszę w ogóle...

<sentymentalizm mode on>
Bo tak się ostatnio zastanawiam, czy będąc nastolatkiem można się tak na zabój w kimś zakochać.
Zawsze mi wszyscy mówili, że to tylko takie na chwilę, jak śnieg w kwietniu.
A co jeśli kogoś trzyma już dwa lata, od 15-go roku życia?  No niech się teraz mądra ciotka wypowie, co to jest w takim razie?  Przywiązanie?  A może po prostu zwykłe przyzwyczajenie?  Na smsy czekam do 21 sierpnia do godziny 23, za poprawną odpowiedź nagroda.

Dobra, co ja pierdolę w ogóle?  Muszę wstać po 5 rano, a dalej pilnuję internetów i zabłądziłam, bo słucham Marzii Gaggioli.
Chyba powinnam jednak iść już spać.

Zatem na pożegnanie, będę dla was szalona i jebnę jakimś kompletnie z dupy wziętym gifem, ot tak, żeby pusto nie było.  Buonanotte :P

(Matthew Lush i Nick Laws, moja ulubiona para gejów.  I'll wait for so much hate)

czwartek, 12 czerwca 2014

Such a thing, such a person

 
Tytuł z dupy wzięty, soundtrack, bo mam fazę na ten kawałek, tak jakoś.
 
W związku z tym, że Polski na mundialu nie ma, muszę coś ogladać. Zatem będę oglądała mecze Japonii (bo jestem mangozjebem), Anglii (bo w niej siedzę) i Niemiec (bo Götze i Özil; płaczę z powodu kontuzji Reusa). I jest fajnie, bo jak u was mecz jest o 3 w nocy, to ja mam godzinę wcześniej. Zawsze coś.
Zasadniczo nie jestem jakąś tam fanką piłki nożnej, ale no to jest mundial. A jak było Euro to obejrzałam wszystkie mecze. Nie w całości, bo zasypiałam pod koniec, ale obejrzałam. Nawet sobie tabelkę zrobiłam, taka jestem zajebista.
 
Kocham angielską pogodę. Budzę się w czerwcowy poranek i co? Deszcz jak głupi napierdala, że nic nie widać, potem zimno fhui.
Dwie godziny później.
Upał, że ja pierdolę, niebo czyste, zero wiatru.
No serio, ile można?!
 
W ogóle to notkę piszę w szkole na biznesie. Udaję, że coś robię (jak zawsze) i napierdalam w klawisze w Translatorze Google, bo klawiatura angielska. Taki dreszczyk emocji, bo babka wciąż łazi po sali. Masakra.
 
Tak, pochwalę się, moje postępy w ćwiczeniu growlu i screamu są imponujące, mimo, że prawie wcale nie ćwiczę. Jeszcze trochę i zacznę może covery na youtube robić. Będzie fejm wśród znajomych, że japierdolę.
 
Ale wiecie co? Jest jedna rzecz, która mi się w Angolach podoba. Otóż mają oni wyjebane.
Znaczy to tyle, że staruszki sobie za rękę chodzą, laski w krótkich spodenkach i stanikach jak na plaży w Rio, z pofarbowanymi na kolorowo włosami i wyglądające jak typowy got/scene/punk/metal/whatever i stare babcie po siedemdziesiątce z kolorowymi czuprynami. Zajebiste to jest.
Tu to ja na legalu sobie popierdalam w glanach, na czarno i z kostką na plecach i nikt mi nic nie mówi. Podoba mi się to.
W szkole mam pełno niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo i oni tu się wcale nie spotykają z szykanami. Mam nawet w grupie jednego takiego i nikt mu nic nie mówi. Cała szkoła jest przystosowana dla niepełnosprawnych. I to jest zajebiste.
 
W ogóle to piszę tu, bo nie mam neta od długiego czasu. Tak to jest jak nie ma kto wejść na stronę Sky, żeby przenieść internet. Ale chuj. Będzie git, pedofile ponoć są tylko w kościele.
Na koniec macie gifa, którego ubóstwiam, bo jak przystało na yaoistkę i shonenistkę fazuję na punkcie Gotzeusa. Dziękuję, dobranoc.
 
 


(No bo spójrzcie sami, no! <3 *.*)


wtorek, 15 kwietnia 2014

...i robić będę dziwne, kurwa, dźwięki




Soundtrack już na wstępie powala, nie? Wiem, jestę chuję, bo dopiero po dwóch miesiącach piszę notkę. No ale cóż, jak się nie chce to co zrobisz? No nic nie zrobisz.

Zatem zacznę od czegoś, co mnie tak niesamowicie wkurwia, że aż słów mi brak. Mianowicie chodzi mi o modę na film "Kamienie na szaniec". No okej, książka jest naprawdę świetna, to jedna z niewielu lektur szkolnych, które przeczytałam w całości. Ale no kurwa, wszyscy się teraz tak jarają tym filmowym Alkiem, Rudym i Zośką (chociaż co do Alka to polemizowałabym), że aż mi żal tych ludzi. Się tak laski podniecają, jezu, jacy oni nie są cudowni, blablabla. I ten spam obrazkami na bestach i stronami na facebooku. Dżiizus, ile można? A najlepsze w tym wszystkim jest to, że (za obrazkiem z bestów, nie pamiętam strony) ileśtam procent polskich gimbazjalistów chciałoby, żeby powstała książka na podstawie filmu.

I don't want to live on this planet anymore.

I chuj, już nie mam o czym pisać.
No dobra, przejdźmy do kolejnej rzeczy, która mnie doprowadza do szewskiej pasji. Stanie na środku chodnika i pierdolenie o niczym. No ludzie, jakby nie było wystarczająco dużo miejsc, w których można stać i gadać. To nie, zejdą się takie baby, nierzadko z wózkami, na całej rozciągłości chodnika i jęczą do siebie, jak to się długo nie widziały, jak to im z dziećmi nie idzie, jak to mąż jest chujem, a w pracy je wykorzystują. Szlag mnie na takie coś trafia.
A jak się jeszcze rozstawią na ścieżce rowerowej to już w ogóle. Aż ma człowiek ochotę wjechać tym rowerem na te baby i zrobić z nich miazgę.

Angielska logika cz. 3 - Rusztowanie.
Szłam ostatnio do sklepu i przechodziłam skrótem między budynkami. Jacyś budowlańcy rozstawili rusztowanie. Wszystko okej, gdyby nie to, że nie było w ogóle zabezpieczone. Żadnej siatki, nic. Tamtędy dosyć sporo ludzi chodzi, a oni jak postawili, tak stoi.
Co prawda dzisiaj jak szłam, to niby siatka była, ale też nie na całej konstrukcji. Czekać tylko, aż się coś komuś na łeb spierdoli, no naprawdę.

Mam teraz 18 dni ferii wielkanocnych i kompletny brak pomysłów na spędzenie wolnego czasu. Siedzę przed tym kompem jak zachar i nie zajmuję się kompletnie niczym. Niby zaczęłam się uczyć norweskiego, ale idzie mi to jak po grudzie. Zaczęłam też robić papier marszczé na balonie, ale nie wiem co z tego wyjdzie. Może się wam pochwalę jak skończę.

No cóż, to chyba byłoby na tyle. Jeśli znajdę jakiś ciekawy temat (w sumie to nawet już mam, ale to dopiero w następnej notce opiszę) to post będzie. Na razie macie na pocieszenie gif, który za każdym razem, jak na niego patrzę, przyprawia o atak wesołości.





poniedziałek, 24 lutego 2014

Fuck everything, you only live once


No więc cóż. Nie będę rozpisywać się o polskich sukcesach na igrzyskach, bo o tym wszyscy doskonale wiedzą.
Wtrącę tylko słówko o losowaniu grup na Euro 2016.
Hahahaha, nie wygramy z Niemcami. Koniec.


Zasadniczo to ja teraz nie mam o czym pisać. Piszę tę notkę w sumie tylko dlatego, żeby nie było, że zapomniałam o blogu.
Wiem, miałam dodać notkę w walentynki, ale mi się nie chciało. No bo po co mam lżyć to "święto", skoro jestem singlem? No to nie ma sensu.
No okej, dzień singla. Ale po co? To jeszcze głupsze niż walentynki, tak po prawdzie.


Zatem tylko mogę wrzucić pewien obrazek, który od dziś jest moim tłem na facebooku.



Czemu coś takiego? *serious mode*
Bo wczoraj zupełnie obca osoba z drugiego końca świata uświadomiła mi, że takie pogrążanie się w powolnej samodestrukcji jest po prostu bezsensowne.
Taak, czekam na teksty typu: "Nigdy nie miałaś depresji/nie cięłaś się/whatever, więc nie wiesz co to znaczy!"
Tak się składa, że miałam epizody depresyjne i się cięłam. Nikt nie potrafił mi pomóc, ani rodzina, ani przyjaciele.
Rozmowa z tą dziewczyną zajebiście mi pomogła. W ciągu jednej pieprzonej chwili zrozumiałam, że robię źle. I to nie tylko sobie, ale i bliskim.
Zatem połamałam żyletkę, uśmiechnęłam się szeroko, włączyłam ulubioną muzykę i po raz pierwszy poczułam, że nie jestem sama.
Dlatego wrzucam tu link do strony I'm Here For You. (strona po angielsku), żebyście wy, którzy to czytacie i być może jesteście w podobnej sytuacji, mieli gdzie zwrócić się o pomoc.

Zatem, moi kochani, keep smiling and Keep Holding On :)
I believe in you, darling :)

poniedziałek, 10 lutego 2014

Jupikajej, madafakaz!


Piosenka w sumie miała być inna, ale już mi się jutuba nie chciało ruszać ;)

Zacznijmy od wczorajszego spektakularnego zwycięstwa Kamila Stocha na igrzyskach w Soczi. Koleś rozjebał system swoim pierwszym skokiem. Już od razu zajebał rekord skoczni. Niesamowity jest.
A co ciekawe, przed konkursem chłopak beznadziejnie się czuł i rozważał nawet pominięcie tych zawodów. A jednak skoczył i zaskoczył. Super.
I w związku z tym wrzucę taki bardzo ciekawy obrazek z bestów:





No bo w sumie taka jest prawda. Na pewno teraz przybędzie fanów Stocha, bo jest teraz na topie. Ja tam go lubiłam od samego początku. Użycie okna informacji z HoMM III zajebiste ;)

Co dwa. Blogi grupowe. Pamiętam swój pierwszy grupowiec, to było jeszcze na onecie, miałam wtedy jakieś 12 lat. School For Troubled Youth się to nazywało. Upadło i przeniosło się na blogspot. Upadło.
Teraz też jestem na kilku grupowcach i z ciężkim westchnieniem muszę stwierdzić, iż też upadają. Jeden był zajebisty, taka norweska szkoła magii. I oczywiście usunięt był został. Horror.
Ach tak. Wkurza mnie też takie coś: prowadzę męską postać i pytam autora innej męskiej postaci o wątek. I co dostaję?

[No ja również witam :) Niestety nie umiem prowadzić wątków męsko-męskich, więc muszę odmówić :)]

No kurwa. To co, ja mam pisać tylko z dziewczynami? To mógłby taki autor na ten przykład zaznaczyć w karcie, że nie prowadzi takich wątków i już. A nie tylko chrzani sprawę.
Albo tacy autorzy, którzy tylko się przywitają i ani me, ani be o ewentualnym wątku. No to wkurwiające jest.

Teraz Flappy Bird, najbardziej znana i wkurwiająca gra tego sezonu. Przyznam, sama w nią gram, ale na bestach, bo rzeczonego smartfona nie posiadam. Rzeczywiście, ta gra jest wytworem szatana. Z ledwością udało mi się nie rozjebać laptopa, serio. No i mój w pytę rekord: 12. Jestę miszczę Flappę Birdę.

I ostatnia rzecz. Heroes of Might and Magic III. Teraz jest na to szał pał, wszyscy to kohajom. Ja się przyznam, że gram w to od 5 roku życia (czyli jakieś 11 lat). To jest chyba najlepsza strategia turowa jaką zdarzyło mi się rozbrajać. I polecę tutaj jutubowy kanał Kolegi Ignacego, pana robiącego świetny poradnik to tejże gry. Zaczął od rozgrywki z Gimperem i dorobił się własnego kanału, który jest całkiem popularny. Naprawdę, poradniki ma zajebiste, gorąco polecam.

No w sumie to chyba już wszystko, dlatego pożegnam na razie państwa i obiecuję odezwać się w walentynki (tak, małą literą), żeby zhejtować to "święto". Zatem cya, robaczki!

poniedziałek, 3 lutego 2014

Ziiiiiiiiiiiieh!


Zatem. Zacznę od tego, co miałam napisać wczoraj, czyli: Gratulacje panie Stoch, zdeklasowałeś pan rywali, dwa zwycięstwa w Willingen i wyprzedzenie Petera Prevca w klasyfikacji generalnej. Cieszymy się niezmiernie :D

Co drugie. Wczoraj minęło 35 lat od śmierci Sida Viciousa, basisty Sex Pistols. Jej, fangerluję Pistolsom, a gdyby nie Ciocia Wiki to za cholerę bym nie wiedziała. Szkoda, że facet przedawkował, serio.

Trzy. Dziecko zrozpaczone, bo nie ma Segi. Ale szczęśliwe, bo znalazło giery z Segi w necie i teraz gra jak gópie.
Ale tak na serio. Większośc grała na Playstation, NES-ie albo na kompach, a ja dopierdzielałam w Sonica, Tiny Toon albo Animaniaki na Sega Mega Drive (bądź Genesis, różne to nazwy miało). To jest wręcz jak powrót do dzieciństwa, takie siedzenie i wrzeszczenie: "No weź nie wpadaj do goala, nie do goala!" albo "Alakazam!" (dla ścisłości: 1. Bonus Stage w "Sonic The Hedgehog"; 2. Wyczarowywanie dywanu w "Mickey Mouse World Of Illusion"). Wyście mieli "Contrę", ja miałam "Pagemastera". I tyle w temacie.

Cóż jeszcze... No właściwie gdybym pisała tę notkę wtedy, kiedy zamierzałam, czyli dwa dni temu, to pewnie by się więcej tematów znalazło, a tak to tematy czerpią (gwoli wyjaśnienia: u mnie "tematy czerpią"="tematy się wyczerpują").

Wait. Wczoraj pan Komentator Od Skoków (nazwiska nie pamiętam) powiedział, iż Martin Schmitt kończy karierę. No trochę się smutno zrobiło, bo jednak wielkim skoczkiem był, nie da się ukryć. Ale nie da się też ukryć tego, że w tym sezonie to on sobie kompletnie nie radzi. Szkoda, serio.
Szkoda też Jakuba Jandy, bo podobno też zamierza po tym sezonie przejść na emeryturę. No czekam po prostu kto jeszcze.

Zatem auf wiedersehen i czekajcie do następnego, może się doczekacie.

środa, 22 stycznia 2014

Tyle przegrać...


To ja może zacznę od wspominek z podstawówki.
Szłam wczoraj do szkoły takim skrócikiem między budynkami. I zobaczyłam na ziemi mnóstwo opakówek z proszkami. Wiecie, takie słodkie, rozpuszczalne chujstwo, trochę jak oranżadka w proszku. Pierwsze co mi przyszło do głowy: Tyle przegrać...
Pamięta się, jak to mając 10 czy 11 lat udawało się, że te proszki to narkotyki ;) A jak to cholernie ciężko się otwierało, matko... Żarcia na chwilę, a z niektórymi opakówkami to i 10 min człowiek się mógł męczyć.
Albo gra w "anse-kabanse" (czy jak to się tam pisze). Pamiętam, że kiedyś jedna z nauczycielek zaangażowała do gry cały korytarz na obiadówce (jakieś 15-20 osób). Tyle, że zamiast "sprzedajemy narkotyki" były "herbatniki" ;)
I kalambury. Albo guma. Matko, te cudowne czasy, kiedy wszyscy w to grali... A potem przyszła gimbaza i skończyło się dzieciństwo, a zaczęła urojona dorosłość (chociaż ja do tej pory w żaden sposób nie czuję się dorosła; mam prawie 17 lat, dla ścisłości). Szlugi za winklem i wszędzie skojarzenia z seksem (wow jaka zajebista wow nie boi się tego słowa wow na "s" wow tak bardzo). Ale jednak można było się przy tym zintegrować. W podstawówce miałam kumpli, a w gimbazie patologiczną rodzinę. 

Dobra, kurwa, koniec tych smętów sentymentów, bo mnie jeszcze w ogóle przestaniecie czytać (ta, jedno wyświetlenie dziennie; co ja pierdolę, raz na dwa, trzy dni; cÓd, że w ogóle jest ponad 200).

Zatem teraz coś poważniejszego.
Zmierzając wczoraj deptakiem zauważyłam parę lesbijek, trzymających się za ręce. Tutaj kompletnie nikt na nie uwagi nie zwracał, sobie szły normalnie, jak normalne, niczym nie wyróżniające się człowieki. I tak sobie zaczęłam imaginować, co by było, gdyby tak szły polską ulicą.
"Że też im tak nie wstyd paradować za rączkę. Może jeszcze dziecko niech prowadzą. Do czego ten świat zmierza..."
"Matko, lesby! Ta choroba się wszędzie rozprzestrzenia"
"Do kościoła lepiej by poszły, o przebaczenie błagać, za takie grzechy to się na wieczność do piekła idzie"
"Spalić je najlepiej jak tę pierdoloną tęczę w Warszawie! Te pedały i resztę tego całego chujostwa to się do psychiatryka na leczenie powinno zamykać, a nie chodzą po ulicach i dzieci demoralizują"
No powiedzcie sami, czy nie byłoby chociaż podobnie? Polskie społeczeństwo jest tak kurewsko tolerancyjne, że aż wcale. Wyłączając ten odsetek ludzi, którym wszysko jedno czy gej czy transseksualista, jak sobie żyje to niech sobie żyje.
To tak samo jak z metalami, gotami i punkami. Tutaj, w Anglii, można wręcz z gołą dupą chodzić i ludzie cię co najwyżej obdarzą przelotnym spojrzeniem i wrócą do swoich myśli. A w Polsce?
Metal: satanista, brudas, ćpun i psychopata
Got: jeszcze większy satanista, schizol i nekrofil
Punk: jeszcze większy brudas, idiota, ćpun, nierób i pijak
No nie jest tak?
Jak się coś nie zgadza ze stereotypami to jest ZŁE. To elementarne.
Jak chcecie i to czytacie to proszę bardzo, hejtujcie mnie. Najlepiej zamordujcie, spalcie i zakopcie w lesie pod brzozą, a na mnie niech wyrosną podgrzybki. Bo przecież wyrażanie swoich poglądów też jest złe.
O ile w ogóle taka gówniara jak ja może mieć jakiekolwiek poglądy.

I macie, kurwa, na koniec dwóch całujących się facetów. Niech was, hejterzy, w oczy razi, obojętnych niech pozostawi obojętnymi, a reszcie niech wywołuje na twarzy uśmiech. Amen.

(OptyMistyczne Lovv Yaa - Zalex Gerrick, czy jak tam chcecie)

poniedziałek, 20 stycznia 2014

To ja może coś napiszę

Soundtrack na dziś: The Prodigy - No Good (Start The Dance)

Hmm, tak. W zasadzie to nie wiem o czym mam pisać, bo Morgi się wypadknął (tak, to neologizm) już jakiś czas temu, tornada minęły... A nie, mam.

Zacznę od dzisiejszego meczu Mołdawia-Polska. Nie to, żeby był jakiś widowiskowy czy coś, bo specjalnie nie był, ale tym razem było chociaż na co popatrzeć. Mam na myśli grę, a nie twarz Blaszczykowskiego czy Lewego. Wygraliśmy 0:1, co cieszy, bo jest okej. No i się nie zbłaźniliśmy na meczu z przeciwnikiem niżej umieszczonym od nas w rankingu FIFA (subtelna aluzja do meczu z San Marino).

Teraz niedzielny konkurs w Zakopanem. No ja pierdolę, bo sobie Diethart i Wellinger zjebali skok, bo mieli chujowe warunki to trzeba im powtórkę zrobić. Ilu było takich co w beznadziejnych warunkach skakali i jakoś nikt nic nie zrobił. A Poitner to co, kurwa? Ma władzę absolutną? Ech, do czego to zmierza, srsly.

I ostatnia rzecz, którą chciałam się zająć. Czyli angielska matematyka vol.2.
W zeszły piątek miałam kolejne zajęcia z cyklu "Wprowadzenie do ułamków zwykłych. Dodawanie i odejmowanie ułamków". Myślałam, że zejdę. Ludzie już dawno dorośli nie umieli policzyć tak prostego przykładu jak: 1/4 + 2 + 2/4 - 1/4 = ... Nosz kurwa, przecież to w pamięci w kilka sekund można zrobić, a oni musieli mieć to tłumaczone, bo nie ogarniali. Albo to: skócić ułamek 8/4. Każdy normalny człowiek (nawet idiota po chwili zastanowienia) powie, że to dwa. Ale niee, Angole muszą mieć to dokładnie wyłuszczone. Że osiem dzielimy przez cztery, no a ile czwórek jest w ósemce, no skoro dwie to jaka jest odpowiedź? Jeżeli egzamin, który mam mieć w przyszłym tygodniu, też będzie taki szalenie prosty, to ja chyba jebnę śmiechem.

Także tego, to baj.